Milczymy.

Dziś liturgia prowadzi nas pod Krzyż. Milczymy. Nie odprawiamy Eucharystii, nie rozbrzmiewa „Chwała na wysokości Bogu”. Jest cisza i ciemność – bo dziś Jezus umiera.

W ciszy tej liturgii wybrzmiały także słowa Psalmu 31:
„Stałem się znakiem hańby… ucieka, kto mnie ujrzy na drodze.”

To modlitwa kogoś, kto jest odrzucony. Kogoś, kto cierpi.
To może być modlitwa Jezusa – gdy wisiał na krzyżu, odrzucony przez tłumy, zdradzony, opluty, wyszydzony.
Ale to także modlitwa wielu ludzi dziś.

Może to jest też moja modlitwa?

Może sam doświadczam cierpienia…

Może sam wiem, czym jest samotność.
Może wiem, jak boli niezrozumienie, jak ranią słowa wypowiedziane za plecami, jak ciężko się dźwiga codzienność, kiedy nikt nie pyta: „jak się czujesz?”
Może nie mogę spać po nocach. Może duszę się w środku, ale nikt tego nie widzi.

I tu jest dobra nowina Wielkiego Piątku: nie jestem w tym sam.
Jezus jest ze mną.
On przeszedł przez ogień samotności, niezrozumienia, bólu ciała i duszy – i nie uciekł.
Nie uciekł także dziś. Został – żeby być ze mną w mojej ciemności.
I nie wstydzi się mnie.

To jest Bóg, który nie boi się mojego cierpienia. Nie odwraca wzroku.
On widzi łzy, które inni pomijają.
I mówi do mnie z krzyża: „Nie jesteś sam. Ja też tak cierpiałem. I jestem z tobą.”

Ale może mój własny krzyż nie jest jedynym Krzyżem, na którym umiera Jezus? Może obok mnie jest ktoś, w kim Jezus przeżywa swoją agonię?

Psalm mówi jeszcze: „Ucieka, kto mnie ujrzy na drodze…”
To chyba najbardziej bolesne. Nie samo cierpienie – ale obojętność innych. Ich milczenie, ich odwrócenie wzroku.

Dziś Jezus cierpi nie tylko na krzyżu historii. On cierpi w każdym człowieku zepchniętym na margines, niezrozumianym, zapomnianym.

– W osobie starszej, która całymi dniami siedzi w ciszy, bo nikt nie zadzwoni, nikt nie przyjdzie.
– W dziecku, które słyszy w domu tylko krzyki.
– W człowieku, który nie może się odnaleźć, bo walczy z depresją albo uzależnieniem.
– W uchodźcy, który widzi tylko zamknięte drzwi i zimne spojrzenia.
– W matce, która płacze po stracie dziecka i słyszy tylko: „czas leczy rany”.

Ale także – może niespodziewanie – w polityku, który dźwiga brzemię decyzji, samotności, nieufności.
W kimś, kto wydaje się mieć władzę – a może tak naprawdę nie ma wokół siebie nikogo, kto kocha go nie „za coś”, ale po prostu.
W osobie publicznej, która codziennie słyszy hejt, oskarżenia, wyzwiska, kpiny – a może w sercu nosi rozdarcie, niepewność, pytania o sens.

Czy widzę w nich agonię Jezusa? Czy mogę przejść obok?

To jest pytanie Wielkiego Piątku.
Czy potrafię dostrzec Jezusa, który cierpi dziś – obok mnie, w drugim człowieku?
Czy potrafię zatrzymać się, spojrzeć, podejść, zapytać?

Maryja nie uciekła. Jan nie uciekł. Kilka kobiet zostało. Oni stali pod Krzyżem.
A ja? Czy mam odwagę stanąć pod krzyżem mojego bliźniego?

Zostaliśmy dziś zaproszeni.

Nie po to, żeby tylko wspominać Mękę Jezusa.
Ale żeby rozpoznać Jego twarz tam, gdzie dziś nikt nie chce patrzeć.
Żeby – może – przytulić krzyż kogoś drugiego.
A może tylko być obok, nie uciec. To wystarczy.

Dziś – w tej ciszy, w adoracji Krzyża – prośmy o łaskę:
– Żeby nie przechodzić obojętnie.
– Żeby nie bać się czyjegoś cierpienia.
– Żeby mieć serce, które potrafi rozpoznać Jezusa w tych, którzy są „znakiem hańby”, którzy są „postrachem dla znajomych”.

Bo to właśnie w nich ukrywa się Bóg.
I z tych krzyży – jak z Kalwarii – wytryśnie kiedyś zmartwychwstanie.

Amen.